Seks po polsku

Seks po polsku: jak lubimy się kochać

Z seksuologiem dr Zbigniewem Izdebskim rozmawia Wojciech Staszewski

Ostatnio często mówi się o tym, jak będzie wyglądał seks przyszłości. Woody Allen w filmie „Śpioch” wymyślił orgazmotron – kabinę do przeżywania orgazmu.

Myśli pan, że to niemożliwe? A jeśli nawet nie będą to maszyny, pojawią się środki farmakologiczne wspomagające seksualną satysfakcję.

Metody antykoncepcyjne będą jeszcze doskonalsze, seks, bardziej niż dziś, będzie ukierunkowany na orgazm, a nie na pielęgnowanie bliskości między partnerami. Tak, wygląda na to, że seks przyszłości będzie strasznie samotny… Ale nie bądźmy pesymistami. Sądzę, że większość ludzi wybierze tradycyjny sposób przeżywania seksu.

Czy problemy, z jakimi przychodzą dziś do Pana Polacy, potwierdzają te tendencje?

Niestety, tak. Ale należy pamiętać, że zagadnienia, o których za chwilę powiem, dotyczą tylko pewnej grupy osób, pacjentów, którzy trafiają do mnie ze swoimi problemami. Najczęściej pojawiają się mężczyźni, zazwyczaj z zaburzeniami wzwodu. W ostatnich latach pojawiła się nowa charakterystycz- na grupa pacjentów – „weekendowe koguty”. To młodzi, dobrze wykształceni ludzie, którzy przez cały tydzień harują od rana do nocy, w garniturach, z obowiązkowym uśmiechem, w ciągłym stresie. Nie mają czasu na trwalsze związki, ale mają pieniądze. Kiedy przychodzi weekend, chcą się porządnie napić, zażyć dużo seksu (raczej bez zobowiązań, często za pieniądze).

Traktują to jak naładowanie alkoholowo-seksualnego akumulatora na następny tydzień harówki. W ciągu jednej nocy chcą współżyć kilka razy, tak jak jeszcze kilka lat wcześniej. A tu nic z tego. Są przemęczeni, pojawiają się problemy z potencją – i trafiają do mojego gabinetu.

A kobiety?

Poruszające są dla mnie spotkania z typem, który nazywam „kobieta w drodze do sukcesu”. Jeszcze parę lat temu nie było przypadków, żeby przychodziła do mnie młoda, wykształcona dziewczyna i mówiła: „Panie doktorze, jestem zakochana, ale nie stać mnie na tę miłość”. A potem: „Mężczyzna, którego niechcący pokochałam, jest fantastyczny. Myślę, że to w przyszłości dobry kandydat na ojca moich dzieci. Tylko, panie doktorze, on chce, żebyśmy pobrali się już teraz, żebym mu już urodziła dzieci. A ja mam w najbliższym czasie staż we Francji, potem kroi się dwuletni kontrakt. Ja znam francuski, ale muszę znać lepiej, bo jak wejdziemy do Unii… Tyle zainwestowałam w siebie… Dlatego mnie nie stać na tę miłość. Niech pan mi pomoże, ja go nie mogę kochać”.

Ale ona go naprawdę kocha, nie jest jej łatwo wyjechać nawet na krótkie szkolenie, bo straszliwie tęskni.

I co wybierają – szkolenie czy miłość?

Dziewczyna, o której mówię, zostawiła swojego mężczyznę. Zresztą przyszła już do mnie z takim zamiarem, chciała się tylko w nim utwierdzić. Oczywiście ja nie podejmuję za nikogo decyzji, jej problem wykraczał poza seksuologię. Był raczej typowym przykładem niemożności pogodzenia aspiracji zawodowych z życiem uczuciowym i rodzinnym.

Chodzi o to, że wiele kobiet jasno mówi, że nie interesuje ich żadne życie rodzinne. Nazywam je „poszukiwaczkami seksu dla seksu”. Mężczyzny potrzebują przede wszystkim po to, żeby uprawiać z nim to, co nazwałbym seksem dla higieny.

Są mądre, wykształcone, wiedzą, że seks jest zdrowy, że ten, kto ma udane życie seksualne, jest w życiu szczęśliwszy. Wolą seks bez zobowiązań, weekendowy czy przygodny. Zapłacić w agencji towarzyskiej, poznać kogoś na jedną noc w dyskotece, klubie albo przez internet.

Co się dzieje, kiedy taka „poszukiwaczka” spotyka „weekendowego koguta”?

Wielu mężczyzn boi się, że nie spełni seksualnych oczekiwań kobiet, zwłaszcza tych, które jasno komunikują, czego oczekują. Kolorowe czasopisma mówią kobietom, że mają prawo do orgazmu. Słusznie. Ale jednocześnie zajmują się „seksualną metodyką”, podają scenariusze, co mężczyzna powinien zrobić, żeby kobieta osiągnęła w seksie najwyższą satysfakcję. Te pisma czytają też, cichaczem, mężczyźni. Wielu z nich czuje – mniej lub bardziej uświadomiony – lęk, czy w łóżku zrealizują ten „koguci” model męskości.

To jest deprymujące, zwłaszcza dla młodych mężczyzn, którzy nie utożsamiają się z typem „koguta”. Są wrażliwi, czują się odpowiedzialni za to, co robią, a jednocześnie w seksie są trochę zalęknieni.

„Kogut” się nie boi?

Wręcz przeciwnie. Jego lęk ma wiele wspólnego z bujnym rozkwitem kultu ciała, który dotyczy zresztą zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Liczy się siłownia, solarium, „wyraz estetyczny”. Coraz większa jest grupa mężczyzn, którzy ciężkim wysiłkiem wyrzeźbili wspaniałą sylwetkę, muskulaturę. Gdy idą wieczorem do klubu czy do dyskoteki, czują, że kobiety – również po fitnessie i solarium – kierują pod ich adresem wyraźne seksualne propozycje. Ale kiedy dochodzi do seksualnego zbliżenia, mają wrażenie, że nie zostali zadowalająco ocenieni, że dziewczyna spodziewała się po nich znacznie więcej. Skoro on tak super wygląda, jest taki przystojny, opalony, umięśniony, to ona musi z nim mieć nie wiadomo jak długi stosunek i nie wiadomo jak intensywny orgazm.

Miałem niedawno pacjenta – po studiach, kilka lat po ślubie. Nie jest mu źle z żoną, ale chciał spróbować seksu z inną kobietą, dużo się po tym spodziewał. Kilka lat inwestował w swój wygląd, żeby w końcu zdarzyło się coś niezwykłego. Coś się zdarzyło, ale on czuje się zawiedziony. Chciał tabletek, które wydłużyłyby mu stosunek.

Dał mu Pan te tabletki?

Jakie tabletki? To znowu jest problem wykraczający poza seksuologię. Ten mężczyzna musi sobie przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chce realizować się seksualnie poza małżeństwem, skoro – jak twierdzi – to udany związek. Czego właściwie szuka u innych kobiet, co ten inny związek ma mu dać? Jakie są jego aspiracje – nie tylko w seksie, ale i w życiu rodzinnym, w pracy, w relacjach z innymi ludźmi. Pracujemy nad tym.  

W badaniach nad życiem seksualnym Polaków, które Pan prowadził, uderza duży odsetek osób (kilkanaście procent) przyznających się do zdrad małżeńskich. A pewnie nie wszyscy przyznali się ankieterom.

To nic nowego. Zawsze istniała grupa osób, które szukały realizacji seksualnej poza małżeństwem. Jednak jeśli to żona dąży do kontaktów pozamałżeńskich, szuka dla siebie raczej drugiego stałego partnera. Mężczyźni poszukują zwykle przygodnych kontaktów. Wśród mężczyzn, którzy zdradzają żony, są też ludzie bardzo młodzi, niedługo po ślubie. Można by postawić hipotezę, że to przede wszystkim ci, którzy zawierali związki małżeńskie pod przymusem ciąży bądź pod inną presją. On jej wcale nie kochał, ale ona była sympatyczna, rozrywkowa. No i wysyłała do niego sygnały, że ma ochotę na seks, a on musiał sprostać stereotypowi faceta, który zawsze chce i zawsze może.

Stereotyp jest chyba inny: że facet zawsze chce, a kobieta zwykle nie pozwala.  

To się zmienia. Kobiety także w sferze seksu są coraz bardziej aktywne. I potem pytam się takiego mężczyzny: „Dlaczego?”. A on: „No wie pan, ona była chętna, a głupio kobiecie powiedzieć, że nie. Co ona sobie pomyśli, że impotent jestem albo wolę mężczyzn?”. Nie chcę powiedzieć, że on to zrobił w czynie społecznym, ale…

Z jakimi problemami przychodzą do Pana młodzi ludzie?  

Był u mnie niedawno siedemnastolatek, który właśnie przeszedł inicjację seksualną. Przeczytał wcześniej „Magię seksu”, „Potęgę seksu”, naoglądał się filmów porno. Kiedy współżył z dziewczyną, ona niby przeżywała orgazm, ale „to było do niczego”. Bo skoro on się zachowywał tak metodycznie – najpierw za uchem pocałował, tu popieścił, tu pogłaskał, tam podotykał – to chciał, żeby ona na to reagowała tak jak w książce albo na filmie: żeby krzyczała, drżała, żeby wbijała mu paznokcie w plecy.

Musiałem długo mu tłumaczyć, że życie to nie film porno. Niestety, im słabsza jest edukacja seksualna w szkole, tym bardziej istotna staje się „edukacja” przez pornografię. Młodzi ludzie często traktują te filmy czy zdjęcia jako materiał instruktażowy. To smutne.

Życie płciowe nastolatków to wciąż w Polsce temat zakazany. Większość z nas nie chce zauważać tego zjawiska, tymczasem – czy chcemy, czy nie – wiek inicjacji seksualnej wciąż się obniża. Teraz jest to średnio ok. 18 lat. Pojawiają się też nowe inicjacyjne mody: np. chłopcy robią zrzutkę i prowadzą kolegę na urodziny – szesnaste, siedemnaste, osiemnaste – do agencji towarzyskiej.

To już zgroza.  

Zawsze część młodych chłopców inicjowała z osobami świadczącymi usługi seksualne.

Już badania Zdzisława Kowalskiego z 1898 r., badania Izy Moszczeńskiej z 1903 r. pokazywały, że duża część młodych ludzi swoje życie seksualne zaczynała od kontaktów z prostytutkami. Nie chcę przez to powiedzieć, że to dla mnie wymarzony obraz inicjacji seksualnej – wręcz przeciwnie, ale takie rzeczy się zdarzają. I to częściej niż dziesięć lat temu. Do tego wieczory kawalerskie coraz bardziej nasycone seksem…

Nie rusza to Pana?  

Gdybym tylko oceniał, nie mógłbym prowadzić poradnictwa seksuologicznego.

Na początku lat 90. w Berlinie mieliśmy dużą falę prostytucji pol- skich chłopców. Bardzo mocno to przeżywałem. Pracowałem z tymi chłopcami w ramach profilaktyki HIV/AIDS, próbowałem ich wyciągnąć, pokazać, że są lepsze rzeczy, które mogą robić w życiu. Ale wiedziałem, że jeśli postawię to zbyt ostro, oni zrezygnują z mojej pomocy, choć nie zrezygnują z tej pracy. Jeden z nich powiedział mi wprost, że nie przyszedł do mnie na umoralniającą pogadankę, bo konfesjonał to on ma gdzie indziej.

Jedno tabu seksualne w naszym kraju to seks nastolatków. Ale są chyba także inne?

Tak, np. seks ludzi starszych. Tu jednak wreszcie zaczyna się coś zmieniać na lepsze. Ludzie starsi zaczynają mieć poczucie, że im się coś także w tej sferze życia należy. Dawniej zaburzenia wzwodu przyjmowano jako rzecz naturalną w pewnej fazie życia mężczyzny. Seksualność ludzi starszych kwitowano machnięciem ręki – „po prostu zapomnijmy o tym”. Że żyją staruszkowie, to niech sobie żyją, ale seks?

Viagra okazała się nie tylko lekarstwem. Ona zmieniła świadomość, coraz więcej mężczyzn przychodzi do poradni, żeby im przywrócić sprawność seksualną.

Przecież mimo zaburzeń wzwodu starsi mężczyźni wcale nie tracą swoich seksualnych potrzeb. Tak samo kobiety – mniejsze zainteresowanie seksem wynika często z wstydu, z tego, że im się wydaje, że „już nie wypada”. Nic bardziej fałszywego i szkodliwego. Poza tym po okresie menopauzy wiele kobiet skarży się na problem suchości w pochwie. To też powód, dla którego niektóre rezygnują z seksu. Ale tak jak w przypadku zaburzeń wzwodu z pomocą przychodzi terapia hormonalna.

Przyszła do mnie właścicielka hurtowni, energiczna kobieta, 61 lat, i powiedziała tak: „Ja, panie doktorze, jestem jeszcze kobieta do wszystkiego. Mój mąż to chłop ambitny: jak mu mówię, że mu nie stoi, to on mi odpowiada, że to nie do końca prawda. Ale przyjść do pana nie chce. Jak ten mój mąż nie będzie do użytku, to znajdę sobie innego. Nie żebym się miała rozwodzić. Ale ja mam kierowcę, fajny facet. Nieźle mu płacę, w razie czego coś mu dorzucę”.

Jej mąż (65 lat, na kierowniczym stanowisku) nie chciał przyjść do poradni. Uważał się za człowieka sukcesu i to było poniżej jego męskiej godności, żeby powiedzieć komuś, że ma zaburzenia wzwodu. Więc chociaż miał duże potrzeby seksualne, tłumił je. W tym przypadku kobieta była jednak tak zdeterminowana, że w końcu przekonała go do wizyty. Teraz są świetnie funkcjonującą, także seksualnie, parą.

Większość 65-latków wstydziłaby się pewnie pójść do seksuologa.

Dlatego lekarze różnych specjalności – rodzinni, interniści, urolodzy – pytając pacjenta o dolegliwości, powinni też rutynowo zapytać, jak ocenia swoje życie seksualne. Ale lekarze wciąż czują opór przed poruszaniem tej tematyki. Jeśli młody mężczyzna po zawale serca pyta kardiologa, czy będzie mógł być wydolny w seksie, lekarz potrafi powiedzieć: „O czym pan mówi, niech pan się cieszy, że pan w ogóle żyje”. Ale chodzi jeszcze o jakość tego życia, a ona często jest wyznaczana w dużej mierze przez jakość życia seksualnego. Mężczyzna, który zaczyna mieć problemy ze wzwodem, myśli zwykle tak: „To pewnie dlatego, że moja partnerka mi się znudziła. Zbyt wiele lat jestem już w małżeństwie. Seks z nią jest nudny”.

I zaczyna szukać innej kobiety, zwykle młodszej, atrakcyjniejszej. Liczy, że z nią stosunek będzie dłuższy, wzwód większy. A tu się okazuje, że z tą nową kobietą jest spięty, powstają jeszcze głębsze zaburzenia.

Więc co robić?  

Najważniejsze, żeby ludzie w małżeństwie zaczęli po prostu rozmawiać o swoim życiu seksualnym. A jeżeli sami nie znaj- dą rozwiązania swoich proble-mów, żeby się nie bali wizyty u seksuologa.

Pana najstarszy pacjent?

Opowiem panu o 75-latku, choć nie był to rekordzista. Wiele lat był wdowcem, nie miał najlepszych relacji z dziećmi, wnukami, był trochę „wyautowany”. Jego pasją była działka. I tam poznał kobietę, też wdowę, koło sześćdziesiątki. Zaczęli rozmawiać, co kto sądzi, co zbiera. Ona zaczęła o niego dbać. Opowiadał mi, że kupił sobie kosmetyki, trochę na nie wydał, ale jak się teraz kąpie, a potem używa tych kosmetyków i wie, że ona to poczuje, to czuje się młodszy o 25 lat.  

Oni się mocno zastanawiali, czy taki związek ma sens. On mówił: „Ona jest młoda, 15 lat różnicy wieku”. Jak przyszedł do mnie do gabinetu, to siedział skulony i zawstydzony jak nastolatek. Dopiero kiedy widział, że ja go nie ganię, to się ośmielił, wyprostował. I jak nastolatek dopytywał się, jak to w tym seksie będzie, bo np. jego pierwsza żona była szczupła, a ta jest korpulentna. I jeszcze, jak powiedzieć rodzinie, że się żeni.

Pobrali się, są szczęśliwi, dużo razem wyjeżdżają. I jest seks w tym związku.

Ten mężczyzna przyszedł do mnie po ślubie cały rozpromieniony: „Panie doktorze, niech pan mówi tym młodym o seksie. Niech oni się kochają. Bo jak ja mam tyle lat i jestem z tego taki zadowolony, to co dopiero oni”. On sam czuje, że dzięki udanemu związkowi, także dzięki udanemu życiu seksualnemu, jest bardziej życzliwy dla otoczenia, lepiej mu się układają relacje z ludźmi.

Jak wygląda seks Polaków w porównaniu z innymi narodami?  

Wie pan, dla mnie mniej ważne jest to, ile razy w tygodniu współżyjemy i czy częściej, czy też rzadziej niż inni, tylko na ile jesteśmy z seksu zadowoleni. Naprawdę liczy się jakość, a nie częstość współżycia. A zdecydowana większość Polaków jest zadowolona ze swojego życia seksualnego.

Jednak, szczególnie w dobie zagrożenia HIV/AIDS, przerażająco duża jest grupa osób, które mimo ryzykownych zachowań seksualnych nie mają pojęcia o antykoncepcji, zwłaszcza o prezerwatywach. Choć z drugiej strony wyraźnie rośnie liczba młodych kobiet, które stosują tabletki antykoncepcyjne. To zmniejsza poziom stresu przed zajściem w ciążę, zwiększa więc satysfakcję seksualną kobiety. Powoduje, że ludzie uprawiają seks wtedy, kiedy mają na to ochotę, a nie, kiedy kalendarzyk pozwala.

Czy nie kochamy się jednak trochę siermiężnie? Z Pańskich badań wynika, że u 40 proc. par gra wstępna ogranicza się najwyżej do „pocałunku w usta”. A na „przebieranki” zdecydował się co sześćdziesiąty Polak.

Na pewno brakuje nam fantazji, czasem uprawiamy seks z przyzwyczajenia, rutyniarsko. Gdy prowadzę zajęcia terapeutyczne, proszę ludzi, żeby zamknęli oczy, i mówię: „Teraz pomyślcie, jakie macie fantazje seksualne, których nie zas- pokoiliście”. Niektórzy pąsowie- ją. Wstydzą się marzyć, a co dopiero realizować swoje potrzeby i marzenia.

Z tych samych badań wynika, że ludzie mieliby ochotę doświadczyć więcej, niż doświadczyli. Ale obojgu jest o tym niezręcznie mówić.

Zatem przede wszystkim nie umiemy rozmawiać o seksie?  

W tym sęk. Przyszła do mnie para małżeńska, która uprawiała ze sobą seks, ale nigdy o tym nie rozmawiała: „Panie doktorze, będziemy się rozwodzili, bo jesteśmy niedobrani seksualnie”. Sprawa już była w sądzie, ale pod presją znajomych zgłosili się do mnie.

Rozmawiam najpierw z mężem. Marzył, żeby mieć z żoną seks oralny. Ale pamiętał, że ona mówiła, że to jest zboczone, tamto zboczone, wszystko jest zboczone. Więc bał się jej o swoich marzeniach powiedzieć.

Potem zwierza mi się żona: „Łóżko jest nudne, ile lat można się w łóżku kochać. Chciałabym, żeby mąż miał fantazję. Chciałabym na stole. Ale jak ja mu powiem o seksie na stole?”.

Potem ich posadziłem koło siebie i pytam, czy są gotowi, żeby powiedzieć o swoich pragnieniach seksualnych. Najpierw się oburzyli, ale zaczęli rozmawiać. Pytam, dlaczego nigdy sobie tego wcześniej nie powiedzieli. „No, jak ja mu miałam powiedzieć, że chcę się z nim na naszym stole kuchennym kochać? Bałam się, że mi powie, że jestem dziwką. Albo będzie się dopytywał, skąd ja to znam, z kim to robiłam”. On miał te same obawy przed zaproponowaniem jej seksu oralnego. Wtedy ona mu zaczęła wyjaśniać, że sobie przez wiele lat wszystko inaczej poukładała, już nie uważa, że to jest „zboczone”.

Niektórzy moi pacjenci mówią, że potrzebują w seksie odrobiny upokorzenia. Troszeczkę poświntuszyć, pokląć, czasem nawet poszczekać. W małżeństwach, w których wszystko jest takie układne, trudno jest małżonkom powiedzieć: „Wiesz, chciałbym, żebyś mi trochę wulgarnych słów rzuciła w czasie stosunku”. A czasem kobieta ma już dosyć pieszczotliwego „kochanie, promyczku”, chciałaby czasem poczuć, że mężczyzna jest w seksie stroną dominującą, że to on rozdaje karty.

Ale czy takie seksualne gry nie prowadzą do kryzysu związku? Czy gra nie toczy się zamiast emocjonalnej bliskości? Czy nie może takiej bliskości zburzyć?

Może. Dlatego bardzo ważne jest, aby w proponowaniu partnerowi różnych nowych rzeczy nie przekroczyć granicy, jaką stanowi zgoda drugiej osoby. Nie wolno realizować swoich potrzeb i pragnień seksualnych wbrew woli i bez zgody partnera albo partnerki.

Jest jeszcze w Polsce trzecie tabu seksualne: masturbacja.

To jest jak przekleństwo. Zdecydowana większość Polaków twierdzi, że masturbację trzeba leczyć, bo to dolegliwość psychiczna, i „trzeba pomagać masturbatorom”. Taki model wpajają niektóre podręczniki poświęcone wychowaniu do życia w rodzinie, a swoje dokłada ksiądz na katechezie czy w konfesjonale.

Podejście do masturbacji powoli się zmienia. Masturbacja jest normą okresu dojrzewania. Ale nie dajemy przyzwolenia na masturbację u ludzi dorosłych, szczególnie masturbację w małżeństwie. Kiedy sugeruję pacjentom rozładowanie napięcia seksualnego przez masturbację, to niektórzy czują się zawstydzeni, mówią: „Ja już mam 30 lat, zapomniałem, jak to się robi”.

Niedobrze, że masturbacja jest tak źle postrzegana. Myślę, że pewna grupa nastolatków, mając poczucie, że masturbacja nie jest w porządku, decyduje się na przedwczesną inicjację seksualną. Podobnie jest z masturbacją u ludzi dorosłych w małżeństwie – ktoś, wstydząc się masturbacji, może zdecydować się na agencję towarzyską albo przygodny stosunek.

Tymczasem ludzie różnie dobierają się w związki małżeńskie. Czasem jest im ze sobą świetnie, ale jedno z nich potrzebuje częściej kontaktów seksualnych niż drugie. Wtedy mobilizują się, na siłę zmuszają do seksu. On się udziela w czynie społecznym albo ona leży i myśli, kiedy to się wreszcie skończy. A chciałaby się do niego przytulić, poczuć jego bliskość, mieć tego misiaczka na noc przy sobie. Mówię im: „Niekoniecznie musicie współżyć. Spróbujcie w wasz układ wprowadzić to, że się przytulacie, całujecie, a potem ta osoba, która bardziej potrzebuje rozładowania, będzie się masturbować przy drugiej osobie”. Najpierw robią wielkie „och, nigdy”. Ale kiedy porozmawiają o swoich dylematach, napięciach, frustracjach, to zaczynają myśleć: „Jeżeli ma ci to pomóc, mogę się wtedy do ciebie przytulić, głaskać cię”. To jest kwestia do przegadania, czy to jest norma, czy patologia. Ale przede wszystkim trzeba zacząć rozmawiać.

*Dr hab. Zbigniew Izdebski jest pedagogiem i seksuologiem, kieruje Podyplomowym Studium Wychowania Seksualnego na Uniwersytecie Warszawskim i Zakładem Poradnictwa Młodzieżowego i Edukacji Seksualnej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Przewodniczący Zarządu Głównego Towarzystwa Rozwoju Rodziny

[tekst pochodzi z Cafe Gazeta]